czwartek, 1 sierpnia 2013

Spotkanie w Om nom nom, Warszawa

Wreszcie mam okazję napisać ostatniego posta z wycieczki. Zaraz po wizycie w Croque Madame udałam się nad Wisłę, oczekując wcześniej zaplanowanego spotkania z Mają z Master of Disaster. Miejsce w którym miałyśmy się zobaczyć wybrałyśmy już wcześniej. 



Om nom nom - cuda na patyku znajduje się w miejscu dawnych lodów na patyku (ul. Lipowa 7a, Warszawa). Okolica dość urokliwa, rzut kamieniem od Wisły, Biblioteki Uniwersyteckiej, czy Centrum Kopernika. Sam lokal jest dwu kondygnacyjny. Na dole znajdziemy wszystkie cuda na patyku, podgrzewane pianki, ciastka, beziki, no i oczywiście lody, na piętrze natomiast znajduje się przestronna sala z barem w którym możemy zamówić drinki, napoje oraz lekkie przekąski, sałatki, zupy, kanapki lub desery. 








Wnętrze lokalu utrzymane jest w bieli z pastelowymi dodatkami i wykończeniami z jasnego drewna. Szczególnie spodobały mi się błękitne, drewniane krzesła oraz komiksy ozdabiające ściany. Na piętrze menu wypisane jest kolorowymi mazakami na białych tablicach za ladą, na dole natomiast do tablicy zostały przymocowane kolorowe karteczki z cenami danych słodkości. Karteczki nie są zbyt urodziwe, ale domyślliłam się, że po prostu są lepiej widoczne. W barze na parterze kolorami i wyglądem kuszą wszystkie 'cuda' umieszczone w lodówce i ogromnych słojach.






Ponieważ przed podróżą powrotną chciałam zjeść coś bardziej konkretnego udałam się na górę.

 Po chwili przyszła Maja, którą poznałam podczas ostatniej edycji Food Blogger Fest. Ogromnie się ucieszyłam, bo w zaganianym planie wypadu, wreszcie udało mi się spotkać z kimś znajomym! Mimo wczesnej pory zamówiłam drinka pink panthera (14zł) i sałatkę z rukolą, pieczonym burakiem, kozim serem i prażonymi orzeszkami piniowymi (15zł). Niestety po chwili okazuje się, że buraków nie ma i w zamian mogę dostać inne warzywa. Nie pozostało mi nic innego jak się zgodzić. Maja początkowo chciała koktajl jednak go również nie było, wzięła więc lemoniadę limonkowo-mietową. Mimo rozczarowania z powodu braku buraków, przygotowana sałatka okazuje się całkiem smaczna. Dopiero oglądając zdjęcia zorientowałam się, że zamiast rukoli dostałam szpinak. Trudno. I tak mi smakowało :).




W przemiłej atmosferze mijają kolejne dwie godziny, przed wyjściem bierzemy jeszcze po 'cudzie na patyku', w końcu trzeba spróbować, tego z czego lokal słynie. Lody mnie nie przekonują, na szczęście uchowały się dwa ostatnie sorbety malinowe (3zł) ♥. 


Jedząc i rozmawiając ruszyłyśmy w stronę dworca, po drodze odwiedziłyśmy kilka sklepów, aż wreszcie się rozstałyśmy i ruszyłam w moje strony. Dziękuję za przemiłe spotkanie!!

3 komentarze:

  1. O rany, jaka świetna miejscówka! Chciałabym tam zajść, widać, że ma klimat... I serwuje smakołyki! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hihi, dzięki wielkie też ode mnie! ;) Mam nadzieję, że uda nam się taki wypad powtórzyć.. Ale może w innym miejscu, wystrój i oprawa całkiem całkiem, ale po co serwować jedzenie skoro nie ma się połowy składników?
    Tak czy siak miejsce miłe, na spotkanie i pogaduchy daje radę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze wiedzieć, że warto wybrać się tylko na lody, bo na resztę nie ma co liczyć :) ale i tak miejsce kusi :)

    OdpowiedzUsuń